Sezon na żmije odc.7

Rzecz się miała kilkanaście dni temu, kiedy to ludziska zaczęli szturmować sklepy wielkopowierzchniowe w celach zakupowo-zapasowych przed zbliżającą się pandemią.

Dziś się mogę pochwalić, że ja też jestem żmija. Taka wredna i kąśliwa. Chwała temu, kto pół wieku temu stwierdził, że nie mogę się urodzić w kulturze muzułmańskiej. Pewnie nie dożyła bym pełnoletności. Za mój niewyparzony dziób jeśli nie utłukł by mnie rodzony ojciec (choć podejrzewam, że mój rodziciel często żałował, że nie jest mieszkańcem kraju muzułmańskiego) to zaszlachtował by mnie któryś z braci. A jak byłabym szczęściarą i żyła bym nadal to mąż już na pewno by załatwił sprawę.

Na swoją obronę mam wczesną porę dnia, brak kofeiny w organizmie oraz stres związany z obserwacją bezdennej głupoty ludzi i ogólnoświatowej sraczki i spowodowanej COVID – 19.

Jak bezdenna głupota bierze się sama z siebie i nie mamy wpływu na to jak szybko się rozprzestrzenia, tak pozostałe czynniki jak rozprzestrzenianie się wirusa, jest w dużej mierze zależne od nas samych.

Zostałam zmuszona do osobistego stawiennictwa się w urzędzie zwanym potocznie ZUSEM. Ponieważ od kilku miesięcy walczę z ową instytucją napotykając się każdorazowo na mur i to z litego betonu jak wreszcie udało mi się trafić na urzędniczkę, która wyciągnęła ku nam (ku mnie i mojemu rodzeństwu)  pomocną dłoń nie patrzyłam na to, że świat ogarnia pandemia i po telefonie pani z urzędu z poleceniem stawiennictwa osobistego dziarsko podążyłam do urzędu. Od początku roku podjęłam pracę zawodowo – zarobkową co nieco ograniczało mi możliwość wyboru godziny audiencji u króla ZUSa. Ustaliłyśmy z urzędniczką godzinę spotkania wściekle wczesną – 7.10… Ona wykazała dobrą wolę i postanowiła mnie zaszczycić dokumentami o takiej godzinie, żebym co prawda z językiem na brodzie, ale żebym miała szanse zdążyć do swojej pracy. Podała mi numer wewnętrzny, pod który miałam dzwonić, bo pracowała w strefie specjalnie chronionej, do której my, maluczcy nie mamy prawa wstępu. Nie będę dociekać dlaczego, ale wyobraźnia podsuwała mi najróżniejsze scenariusze z ochroną życia przed rozwścieczonymi petentami na czele. Ale wracając do historii z ZUSu wziętej…

Stałam jak drzewo na ścieżce rowerowej, omijana z rzadka przez mało tłumnie przybywających do pracy urzędników. Telefon z którego mogłam wybrać numer wewnętrzny jakoś pasował na ten z komedii Barei. Zbyt krótki kabelek zmuszał mnie do wyginania się w kierunku ochroniarzy pełniących również funkcję informacji, recepcji, rejestracji i miejscowego biura informacji i propagandy czyli  takie miejscowe plotkary zbierające wszystkie nowinki od przybywających pracowników. Od czasu do czasu panowie nachylali się do mnie sprawdzając czy nie dzwonię aby na zegarynkę czy zamiejscowy telefon zaufania. A numer wewnętrzny był ciągle zajęty. Nerwowo odkładałam słuchawkę, znów wybierałam magiczne trzy cyferki po to aby usłyszeć szybkie pip-pip-pip-pip….Siłą rzeczy skazana byłam nasłuchanie dialogów przybywających do pracy. Królował oczywiście temat wirusa w koronie. W pewnej chwili drzwi otworzyły się z impetem. Wpadła chuda damencja w wieku około 30 lat, o wykrzywionej złością buźce. Patrząc na toboły z jakimi wpakowała się do urzędu i słysząc jej dialog z panami ochroniarzami, byłam pewna, że to osoba zajmująca się handlem na pobliskim targu. Jak mawiała moja babcia „przekupka”. Mimo swoich mizernych gabarytów taszczyła ze sobą kormon do złudzenia przypominający ten jaki dają na zakupy w sklepach sieci IKEA. Zrzuciła balot tuż pod nogi pana ochroniarza i zaczęła swą opowieść jak to stoczyła w sklepie bój z niewychowanym prostakiem o ostatni woreczek soli. Patrząc na jej ciemadan byłam przekonana, że wyniosła pół kopalni soli, ale dalsza opowieść dopełniła całości. Pani w panice przed epidemią wybrała się na zakupy. Makarony, ryże, kasze i inne dobra odganiające widmo śmierci głodowej dla suchej paniusiu i jej rodzinki. Chwaliła się jak to tłumnie forsowali sklep tuż po jego otwarciu. Może gdyby nie problemy z jakimi przyszłam do owej instytucji sytuacja była by nawet śmieszna. Ciągle wybierałam numer wewnętrzny stercząc przy ladzie ochroniarzy dobre 10 minut. Chudzina zainteresowała się moją osobą bezpardonowo zadając mi pytanie po co mi osoba spod tego numeru. Nie widziałam potrzeby na opowiadanie martyrologii narodu polskiego oraz historii mojej rodziny jakiejś pani, która jeszcze niedawno biła się o woreczek soli. Odrzekłam w miarę grzecznie, że jestem umówiona na odbiór dokumentów. Pani zakomunikowała mi tonem nie znoszącym sprzeciwu, że mam zostawić to co mam do zostawienia w skrzynce (gdziekolwiek ona była i do czegokolwiek służyła) i pospiesznego oddalenia się z urzędu. Hmmm….Nie po to usiłowałam, niemalże od roku pozamykać sprawy doczesne ojca, przy braku współpracy ze strony urzędu ZUS a czasem przy ich zdecydowanym sprzeciwie, żeby teraz istota nie znająca sprawy, wydawała mi polecenia i to w formie pozostawiającej wiele do życzenia. Usiłując kontrolować swoją frustrację i narastającą wściekłość odrzekłam, że jestem umówiona z panią spod tego numeru i mam jej tylko dać znać, że jestem. A ta nie wiedząc w co się pakuje dalej swoje i to coraz głośniej, budząc już zainteresowanie tej niewielkiej liczby urzędników usiłujących się podpisać na liście. Kiedy to pańcia widząc, że zignorowałam jej polecenia rzuciła głośno do ochroniarzy

– no i mów do ludzi, żeby jak najmniej wychodzili…

O, żesz qrwa mać!!. Piorun miałby mniejszą siłę rażenia niż słowa tego babsztyla. Nie znoszę hipokryzji, no chyba, że ta paniusia miała bardzo elastyczny system wartości moralnych. Niespełna 10 minut temu przechwalała się wręcz o swoich sklepowych przepychankach i bataliach w tłumie kupujących a mnie poucza? Najgrzeczniej jak potrafiłam z przyklejonym uśmiechem do żmijowatej gęby zapytałam

– Przepraszam najmocniej, pani zapewne jest Prezesem ZUSu? – marketowa gwiazda nieco się zmieszała, ale jeszcze pewnym głosem zaprzeczyła.

– Więc pewnie wiceprezesem? –

– No nie – sucha pyskata była już nieco zbita z pantałyku

– Oj – ciągnęłam głosem ociekającym miodem – to zapewne mam przyjemność z panią dyrektor, jeśli nie ochrony, to na pewno któregoś wydziału. Paniusia zaczęła nerwowo wyłamywać suche łapki w geście zażenowania. Pokręciła głową zdając sobie sprawę, że jej współpracownicy wokół spoglądają na nas z zaciekawieniem. Po kilku sekundach jej zdezorientowania  wybuchnęłam & wybuchłam (ponoć obie formy są poprawne). Bo to była ta jedna jedyna iskierka. Kabum!! Bang!! I poszłoooo, zanim zdążyłam wysłać sygnał do mózgu a ten do mojej paszczy: MILCZ! Ale było za późno. Wydałam z siebie dźwięki o wiele za głośne niż przyzwoitość nakazywała. Charknęłam do paniusi, że skoro jest pracownikiem, więc proponuję jej czepić się swoich obowiązków i swojej pracy a nie organizować mi życia!! I już kilka sekund później pańcia zmieniła front. Zaczęła być nagle pomocna, przynajmniej się starała i wcale się nie zrażała moją bezczelnością i złośliwościami. Nagle przypomniał się jej inny numer telefonu, pod którym również urzęduje umówiona ze mną urzędniczka, więcej, w ciągu paru chwil zjawiła się na dole i w ciągu trzech minut załatwiłam wszystko.

No proszę, nie wierzcie, jak ktoś wam mówi, że urzędnicy są aroganccy i niesympatyczni. Wierutne bzdury.

43 odpowiedzi do “Sezon na żmije odc.7”

  1. Bo ich trzeba albo najpierw zabic, a potem rozmawiac, albo co najmniej zmieszac z blotem, mniej wiecej jak w powyzszym tekscie. Inaczej chodza snieci i bez checi do roboty.

    1. Tutaj zadziałało – ale było to działanie nieplanowane i niezamierzone. Jak widać w stosunku do tej gwiazdy pomogło 🙂

  2. Jago, nie zauważyłaś, że wszędzie w urzędach pracują ludzie i parapety, z tym, że tych pierwszych jest znacznie mniej. Pozdrawiam 🤗😍

    1. Niekoniecznie – przez ostanie miesiące miałam z nimi dużo do czynienia. Zazwyczaj ludzie w urzędach byli sympatyczni i pomocni

  3. niewymownie się cieszę, że nie mam do czynienia z urzędnikami…
    każdymi. ale i tak wydaje mi się, że to bardziej kwestia charakteru i braku wychowania i ogłady a niżeli zawodu. Niemniej kultura obsługi klienta w kraju tutejszym pozostawia wiele do życzenia.

    1. Od śmierci ojca byłam na nich skazana ale na setki wizyt ze dwa raz spotkałam się z chamstwem i arogancją. Zazwyczaj wszyscy inni byli pomocni i empatyczni

  4. Samo życie Jago. Petent jest dla nich złem koniecznym. Za to teraz zamkniete urzędy mają raj, pracują właściwie bez petentów… Chyba wszystkie papiery ogarną na pół roku do przodu…

  5. Bo niektórzy ludzie tak mają, że jak dostaną odrobinę władzy i spotykają potulnego człowieka, to się zamieniają w żmije. Ale jak trafią na jeszcze większą żmiję, to podwijają ogon (o ile żmije mają ogon) i uciekają do swojej nory.

  6. A wiesz, staram się być grzeczna dla wszystkich, ale gdy ktoś zalezie mi za skórę, to nie ma zmiłuj… to chyba samoobrona:-)
    Zaczęłaś pracę? W zawodzie czy zupełnie nie?

    1. Jak ktoś jest wredny to szkoda się starać…
      Można powiedzieć że w zawodzie 🙂 ale póki co minister nas odesłał do domu i będziemy czekać

  7. W swoim życiu nałaziłem się trochę po urzędach (ZUS, skarbówka, kancelaria parafialna i inne). Przeważnie było miło, najgorzej wypadła kancelaria parafialna.

  8. Jaguś, gdyby nie powaga sytuacji, popuszczenie ze śmiechu byłoby nieuniknione (tak to śmisznie opisałaś!). Tylko poczucie humoru może nas uratować 😀 Przy naszym oddziale ZUSu (znam, znam, na szczęście toczyłam tam boje w 2010 roku) wizyta w Domu, Który Czyni Szalonym z komiksu “12 prac Asterixa” to pikuś. Pozdrawiam serdecznie, całuski :-*

    1. Marzynia Mamcia – śmiej się – inaczej zwariujemy wszyscy . Bardzo lubiłam komiks 12 prac Asterixa – ale ZUSu tam nie było – gdyby był na liście to do dziś by komiks trwał

  9. Po tym wyczerpującym opisie, który zjeżył mi włosy na głowie i pootwierał nieistniejące noże w kieszeniach, lepiej napiszę tylko, że… tak, obie formy w języku polskim są poprawne.

  10. Dlatego kiedy przypadla mi zyciowa rola urzednika (niskiej kategorii, ale jednak) postanowilam sobie na poczatku mej watpliwej kariery za punkt honoru, aby nie stac sie tym, czego we wszelkiego typu urzedach nienawidze. I nie wiem, jak mi idzie, ale sadzac po tym, ze petenci (nawet jesli zalatwiaja cos totalnie innego) wciaz wracaja do mnie, to chyba nie jest zle 😀

    Pozdrawiam! I cierpliwosci zycze, bo oprocz zdrowia, tego i rozsadku nam glownie potrzeba ;D

    1. Przez ostatnie kilkanaście miesięcy byłam skazana na urzędników róznej maści i na różnych szczeblach i udawało się bezboleśnie załatwiać wszystko, powiem więcej większośc była sympatyczna i pomocna więc nie dziwię się, że doceniają to Twoi petenci – bez zgrzytów i złośliwości. Ale ta baba była wybitnie złośliwa i arogancka.

  11. I Twoja opowieść potwierdza, że warto czasami być żmiją ;))) Nie należy tylko tego nadużywać :))) Fajnie, że udało Ci się wszystko załatwić, te sprawy urzędowe ciągną się jak guma :/
    Ściskam serdecznie Jaga i życzę zdrówka <3

    1. Wiesz, jak zaczęła ze żmiją niech się broni 🙂 nie udało mi się wszystkiego załatwić – udało mi się zacząć żmudny proces odkręcania – to już wielki sukces

  12. mnie rozwala w obecnej sytuacji to, że wszystkie sprawy, które dotychczas wymagały bezwzględnie mojego osobistego stawiennictwa wraz z toną papierków, mogę teraz załatwić mailem albo przez telefon, ba, urzędnicy są naprawdę uprzejmi i pomocni…. boję się, że po wszystkim sytuacja wróci do poprzednich norm…

    1. Nie wiem co gorsze … czy żeby sprawidziły się Twoje wizje czy żeby okazało się że 3/4 ludzi jest zbędnych w swojej pracy bo będzie to można załatwić mailem czy przez telefon

  13. No i o taką ironię na blogach nic nie robię nie tylko w trakcie kwarantanny! Jak się cieszę, że tu zawitałam i będę witać!

    Moja dawka ZUSu na dziś to rozmowa z konsultantką. Niemiła, oczywiście. Bo dopytywałam o nazwy formularzy ZWUE ZZUE (czy jakoś tak), które recytowała w pierogami w gębie. Na koniec rozmowy jednak chyba wyrecytowała formułkę, że jeśli będę potrzebowała pomocy, co ona jest do dyspozycji. Aha.

    1. Telefoniczne załatwienie niektórych spraw z niektórymi urzędnikami jest awykonalne. Jestem tego świadoma. Dlatego szlag mnie chce trafić na celową złośliwość i utrudnianie życia innym….

  14. I żeby o uprzejmość się trzeba było prosić wysokim tonem… Nie lubię typowych urzędników, sama wykonuję pracę biurowo-terenową, ale staram się pomóc jak tylko mogę i w miarę szybko, bo w głowie mam siebie chodzącą po urzędach i jak sobie przypominam jak się ze mną obchodzono, to nie, nie chcę tego powielać. Często trzeba walczyć o swoje, nie powinno to tak wyglądać. Nikt do ZUS-u czy innego urzędu dla przyjemności nie przychodzi. I tak dobrze, że Cię wpuścili. Mojej mamy dzisiaj nie wpuścili, wskazali jej skrzynkę na sprawy.

    1. L – nie chodzi o to że ja wszystkich urzędników jedną maścią smaruję 🙂 Większość przez ostatnie moje miesiące walki z systemem to byli przesympatyczni, pomocni empatyczni ludzie , ale ta niunia wyrwała mnie z butów. Zobacz na datę, dlatego byłam umówiona osobistycznie. Później u nas też już nikogo nie wpuszczali za swoje wysokie progi 🙂

      1. W porządku. 😉 No właśnie, bo tak to piwinno wyglądać, ja mam uczulenie na typowe urzędaski. Ale zawsze trafi się taki wyjątek. U mnie zamknęliśmy się już 12-go marca.

  15. Ech, wszędzie znajdą się osoby, które uznają, ze mają prawo oceniać innych. Podejrzewam, ze też bym odpowiedziała jej w podobny sposób.
    Ja z ZUSem mam doświadczenia, o dziwo miłe. Panie, które załatwiały moją sprawę kilka lat temu, były bardzo pomocne i przy okazji miłe. No ale, nie było wtedy pandemii.

    1. To były pierwsze dni marca więc było jeszcze spokojnie. Pani po prostu była wredna z natury a nie z powodu wirusa . Większość urzędników była pomocna ale ta rozgwiazda przeszła najśmielsze oczekiwania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *