Ciemna strona mocy

Nie jestem fit-larwą, nie jestem fanką fitnessu. Nie lubię sportu. Nawet w TV. Wstyd się przyznać w dobie bycia fit do bycia kanapowym leniem.

Jak to mawia mój mąż lubię przykleić się do kanapy i być kanapową lepą. Nie mam parcia na karty Multisporta czy inne narzędzia umożliwiające tortury. Ale życie nie zawsze daje nam to na co aktualnie mamy ochotę i to co lubimy. Zrozumiałam, że ze względów oczywistych sporty takie jak szachy, snooker czy golf nie wchodzą w rachubę. Życie mnie zmusiło do regularnych treningów na siłowni. Tak było prawie dwa lata. Ale od początku tego roku wszystko zaczęło iść nie tak jak sobie zaplanowałam. Zaczął chorować tato, staraliśmy się być u niego kilka  razy w tygodniu, później już kilka razy dziennie. Na moje rytuały zabrakło chęci, czasu i zapału. Taki stan trwał zaledwie kilka miesięcy, ale po śmierci ojca nie mogłam wykrzesać z siebie chęci do życia. Tak czy siak, depresja czy lenistwo, ale ja nie miałam ochoty na wizyty na siłowni. Zamykaliśmy niedokończone sprawy taty, które też wymagały (i wciąż wymagają) czasu i zaangażowania z naszej strony. Moje życie leżało, kwiczało i czekało.  No i doigrałam się. Po kilku miesiącach bezruchu siłowego i stresu dawne, starcze dolegliwości wróciły ze zdwojoną siłą i po kilku dniach użalania się nad sobą postanowiłam, niczym syn marnotrawny, powrócić na łono ćwiczeń i treningów. Dowlekłam się na siłownię jakże radośnie powitana przez trenerów. Czułam się niczym syn marnotrawny. Wybrałam na początek lekki trening, ot, tak na dobry początek. Trener z uśmiechem na gębie wykrzykuje w rytm muzyki:

Zaczynamy…rozgrzeweczka, prawa marsz, prosta sylwetka, ściągnij  łopatki, dalej, wymachy całych ramion, oddychaj przez nos, wypuszczaj ustami…Oj tam, niech moc będzie ze mną. Też mi rozgrzewka. Co to ma być?? Trening? Phi… a myślałam, że straciłam kondycję. No chyba, że pomyliłam sale i jestem na jodze dla seniorów. Nadgarstki, kolana, biodra, kostki, teraz pajacyki. Panie trenerze, ja takie to robiłam w szkole podstawowej, na w-f. Kilka powtórzeń, kilkanaście, toż to żaden problem. Kilkadziesiąt? Upsss, to jednak nie joga. Hmm… Zaczynam czuć, że szkołę podstawową skończyłam sto lat temu. Mroczki przed oczami, kołatanie serca, posmak krwi w ustach. Podnosi mi się temperatura. Ciała i otoczenia, uff, koniec. Koniec rozgrzewki. Zaczynam trening właściwy. Na początek bieg w podporze. Ło matko. Sam podpór niczym do pompki jest nie lada wyczynem a tu udawaj, że biegasz w tej pozycji co graniczy z niemożliwym. Po chwili czuję, że konam. A tu dopiero pierwsza seria a fit-guru wrzeszczy coś o czterech seriach.

Zresztą proszę tu:

BIEG W PODPORZE

Czuję, że broczę krwią z uszu… nie!!! . To tylko pot mi się leje, zalewa oczy, szczypie w białka, cierpię, chce się wymiotować. Przesadzam?? O nie!! Wyobraź sobie, że chcesz umrzeć z wysiłku. W czasie kiedy ja usiłuję nie zejść z tego łez padołu przebierając odnóżami symulując bieg ten sadysta zmienia kilka razy ćwiczenia i rozrzuca nam, trenującym stepy. Dla nie wgłębiających się w temat: to taki pojedynczy stopień do wchodzenia. Nie zajęło mu to dużo  czasu, bo na trening przyszło tylko trzy osoby – jednak mądrzy ludzie są na tym świecie. A tu słyszę radosny głos trenera „No Jaga ruszaj się tyłek w górę i  ustaw się przed stepem.” Z ulgą się podnoszę, oczy mi broczą krwią. Ale pierwsza zasada siłowni powinna brzmieć NIE UFAJ NIKOMU, no a przede wszystkim facetowi z uśmiechem godnym katechety, który  obwód ramiona ma większy niż obwód mojego masywnego udka….No proszę, żeby mi nie było za lekko dorzuca sztangę na mojego biednego, starczego garba. Kto to wymyślił? To powinno być karalne i to ostrzej niż  spowodowanie katastrofy w ruchu lądowym.  Kodeks karny nakłada na sprawcę katastrofy karę od roku do 10 lat pozbawienia wolności, nawet jeżeli nie było ofiar, a tu ciągle są ofiary. Jestem na to dowodem.  Włażąc na ten schodek zwanym stepem, z balastem w postaci sztangi, robiąc zakroki, wykroki, rozkroki i podskoki mam wrażenie, że mój mózg skroplił mi się na czole i wycieram go w rękaw koszulki. No, ale nie oszukujmy się – po to  polazłam. Wzmocnić mięśnie, zniwelować ból kręgosłupa i obniżyć cukier. Ale dlaczego właśnie na treningu przypomina się, że czas to pojęcie względne ?? Trener krzyczy, że jeszcze chwilka, że wytrzymamy, że już kończymy więc spoglądam kątem oka na wielki zegar i ostatkiem sił powstrzymuję się chęci zapytania czy on dobrze działa…Szum w uszach, czuję każde uderzenie serca niczym młota pneumatycznego. Mam wrażenie, że jestem tu trzy godziny a zegar ciągle pokazuje 15 minut do końca. Jestem  jak ten konający koń targający bezmyślnych turystów, jak meduza opalająca się na słońcu, jak sflaczałą dętka, jak konający z wycieńczenia, jak sarenka zagoniona przez psy gończe. A mówili, że można skonać u tego trenera. Teraz już w nic nie wierzę, to wcale nie była łatwa droga do skonania. To wyrafinowane tortury. No i pewnie lepszych do trumny wkładali jak trener ogłosił koniec – jeszcze tylko rozciąganie i już. Najchętniej rozciągnęła bym swoje zwłoki na macie a ten każe jeszcze prawą rękę do lewego czubka buta, no nie, czy ja wyglądam jak człowiek guma,  dzwonnik z Ntre Dame czy Konik Garbusek, żeby zrobić szpagat doskonały? HALO!! Czy na Sali jest lekarz? Grabarz? Może chociaż nosze? Dobijcie mnie!! Nie wstanę i tak będę leżeć!! Nawet dostałam zgodę od trenera na nieruszanie dupy, ale pod warunkiem, że zostanę na kolejnym treningu. I to jakoś tak dodało mi nadprzyrodzonych sił, że niczym superbohater Flash wypitoliłam do szatni. Profilaktycznie nie patrzę w lustro, żeby nie popaść w samouwielbienie. Wyduldałam resztę wody z butelki, bo jakoś na treningu zapomniałam się nawadniać chyba z wysiłku albo dlatego, że mózg został wydalony wraz z potem. Wlokąc się na parking zastanawiam się nachujmitobyło(?), chyba po to, żeby nie myśleć o niczym innym. Nie dość, że zapisałam się na siłownię, płacę, chodzę to jeszcze każą mi ćwiczyć? O nie, tego w reklamowych broszurkach nie było. Po wejściu do auta ostatkami rozsądku tłumię wrzask, zastanawiając się jaki kretyn stworzył wizerunek kobiety na siłowni w pełnym makijażu, zwiewną fryzurą i supermodnych ciuchach? Toż to jakieś pitolenie, bo u mnie przepocona koszulka, włosy mokre i posklejane na czole, bordowa gęba z białymi plamami. To nie bohaterka thrillera. Po prostu Jaga po treningu. Ciało mi za to podziękuje.

Zakwasami uniemożliwiającymi normalny ruch.

 

53 Replies to “Ciemna strona mocy”

  1. Czytało się, jak najgorszy horror ze snów 🙂 Dlatego właśnie nie wybieram zajęć z trenerem, a jedynie pomoc w rozeznaniu sprzętu i samodzielny trening. Choć zapewne efekty będziesz miała lepsze (jak już zakwasy odpuszczą) 🙂

    1. 🙂 wiem, zazwyczaj trenowałam z kimś (pod czyimś nadzorem choć nie zawsze były to treningi personalne) ale po kilkumiesięcznej przerwie i totalnym bezruchu każdy powrót jest bolesny 🙂

        1. Za szok spowodowany w/w opisem nie odpowiadam. Ale polecam raz spróbować 🙂 i wyobraźnia nie będzie potrzebna – nie ma to jak własne doświadczenia

  2. Nie jestem pewna, czy taki ostry trening po dłuższej przerwie to dobry pomysł. Poza tym osobiście nienawidzę takich treningów w sali – wole już samotny szybki marsz 5 km w jedna, 5 w drugą stronę, to jest znacznie naturalniejszy wysiłek, zwłaszcza po dłuższej przerwie w treningu.
    Po tej mojej wywrotce jestem na etapie “otwierania bioder” i wszystko mi się chrzani, bo…. do tego potrzebne są zdrowe kolana. Chyba się powieszę;(

    1. Inaczej bym w ogóle nie zaczęła … Spacery mnie drażnią. Wolę treningi z kimś kto mi zwróci uwagę jak robię sobie krzywdę. Dzięki temu jestem w stanie ćwiczyć. Rehabilitacja jest trudniejsza niż najbardziej mordercze treningi

  3. A nazajutrz… Cudowne zakwaski na każdym centymetrze ciała. Wtedy człowiek wie, że żyje! Brawo Jaga, nie poddawaj się!

    1. Nie ma zmiłuj:-) Zakwasy świadczą, że trening był prawdziwy a nie udawany. Następnym razem będzie lepiej i lepiej! Trzymaj się!

  4. Wow Jaga 🤩 wylaszczysz się nam , że Cię nie poznamy
    A teraz łapiemy za łyżkę, w drugą lody i:
    Góra!
    Bardzo ładnie
    Otwieramy usta
    Łyżeczka w lody
    I
    Powtóreczka😁👍

    1. Akurat laszcznie mi zwisa lata i powiewa. Wolę pozbyć się bólu kregosłupa i innych upierdliwości a jeść lubię , oj lubię i to nie tylko lody. Nie trzeba mnie namawiać 🙂 paczkę m&m’sów potrafię wciągnąć na raz

      1. To się cieszę, bo ja też jestem żarta niemiłosiernie
        Uważaj na kręgosłup po wszystkim odpłyń na materacu w siną dał
        Może lato zawita

  5. Dlatego wolę sama ćwiczyć na siłowni pod chmurką(bo na te profesjonalne po prostu mnie nie stać). Sama sobie ustawiam intensywność i ilość powtórzeń i jestem szczęśliwa. Pozdrawiam

    1. U nas jest tak dużo siłowni że można za niewielkie pieniądze wykupić karnet. A człowiek ma taką naturę, że idzie na łatwiznę więc ta intensywnośc może nie być aż tak intensywna 🙂

  6. No popatrz, a ja dostałam wejściówkę na siłownie, jednorazowo, ale zawsze. Teraz latam po górach, to lepsze niż siłka, chociaż nie wszystkie mięśnie pracują, ale wolę chyba trening na świeżym powietrzu.
    Zakwasy są, a jakże, ale klin klinem i po zakwasach:-)
    Ale ten bieg w podporze to jakiś horror jest!

    1. Masz rację – bieg jest straszny a po kilku treningach siłownia też nie będzie straszyć 🙂 Masz rację klin klinem 🙂 tak zrobiłam. Umierałam po raz kolejny. A łażenie po górach to krew, pot i łzy 🙂

  7. Oj te zakwasy po okresach bezruchu… i pot spływający po ciele… Choć on na mnie nie robi juz takiego wrażenia, gdyż w Wietnamie, gdy jest gorąco i wilgotno po dwóch minutach od wyjścia z domu jestem cała mokra i to tylko idąc spacerowym krokiem. Twój trening to jednak chyba nie dla mnie, choć od ruchu się nie wzbraniam.

  8. Ja tam wolę moje regularne ” jogowanie” i spacery, wiem, że na tyle mogę sobie pozwolić, ale wiem też, że bez tego nie mogłabym już żyć. Uważam, że lepsze jest robienie czegoś w zgodzie z sobą i regularnie, niż nagłe zrywy i jeszcze gwałtowniejsze upadki 😉

    1. Joga jest nudna. Flaki z olejem. Ble, próbowałam :((( Mam dopiero pierwszy upadek od czasu wzlotu. Nie zawsze da się robić coś na co mamy ochotę – jestem na to dowodem. Niestety potrzebuję większego wysiłku niż spacery. Ale po przerwie tak to wyglądało

  9. Zdecydowanie dobrze Ci to zrobi na dłuższą metę, chociaż powroty do aktywności po dłuższej są najtrudniejsze. 🙂
    Ja akurat lubię ruch i mi go brakuje, kiedy go za długo nie mam, więc przeczytałam opis “męczarni” z uśmiechem i lekką dozą zazdrości. Tak wiem, zboczona jestem. No ale chyba będę z tym żyć. Powodzenia! Ja już sama ćwiczę, a na siłownię zamierzam wrócić po wakacjach 🙂

    1. Byłam regularna do bólu – ale ta przerwa nie wyszła mi na zdrowie. Nie chce mi się jak cholera, ale o wiele lepiej się czuję jak regularnie trenuję. Przetestowane i sprawdzone

  10. Nie lubię takich treningów i unikam ich jak ognia. W ogóle sale gimnastyczne i siłownie to nie dla mnie. Byłam raz i stwierdziłam, że to jedno z najgorszych doświadczeń w moim życiu. Przyjemnie się czytało 🙂

    1. Ło masz… Ja kiedyś też wychodziłąm z założenia że nie dla mnie – ale wiesz jak to było z tą żabą co się zarzekała błota?

  11. No współczuję (jesteś dzielna dziewczynka) i podziwiam 🙂 ja od kwietnia nie mogę się zmobilizowac…Co prawda neurolog zabronił biegać, mam chodzić raczej, ale nie lubię…a poza tym jestem niezdyscyplinowanym leniem. Tłumów nie lubię, więc ćwiczenia grupowe odpadają…Kurde, nic nie lubię tak w ogóle ;)na kręgosłup mam pływać, ale do miasta tyyyyle kilometrów 🙂 nic to, będę gruba i szczęśliwa.

    1. Nie współczuj … mam co chciałam 🙂 Biegać Ci nie wolno, tłumów nie lubisz, pływanie nie bo za daleko do wody. . . No to pozostaje Ci życie z bolącym kręgsłupem, ale za to będziesz szczęśliwa 🙂 a czy gruba? łoj, daj spokój

  12. Yyyyy, raczej nie, nie będzie mnie. Zmęczyłam się samym czytaniem :/ U mnie za aktywność fizyczną robi sprzątanie bobków po króliku, dwa razy dziennie (za to po sto razy przy tych dwóch razach, rano i wieczorem). Czuję się naćwiczona 😉

    1. Nie mam królika 🙂 A koty są samoobsługowe 🙂 pies tylko raz dziennie więc może zainwestuję w kaczkę lub kurę? Ale na siłownię też będę zaglądać 🙂

  13. Jessu, niemal umarłam czytając to. Powinnaś napisać książkę. Ja bym kupiła 🙂
    P.S. Żadnej formy aktywności fizycznej, a zwłaszcza zorganizowanej, nie uprawiam. Po gehennie w szkole wyczynu sportowego w Ustrzykach (najgorsza w klasie, przywłoka z normalnego świata) mam uraz. Po prostu żyję na wsi, a tam zawsze się człowiek rusza.

    1. Miło Cię zawitać Marzyniu 🙂 do pisania książek się nie nadaję 🙂 jestem niesystematyczna, ale w razie co to już wiem w jakim nakładzie mogę wydać 1 egz. 🙂 dzięki. Nie przepadam za ćwiczeniami ale mus to mus… Spróbuj sobie bieg w podporze. Wtedy nabierzesz do mnie szacunku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *