“Dzisiaj kocham Cię jeszcze bardziej niż wczoraj(…)”

a nie możesz sobie nawet wyobrazić, jak bardzo kochałem Cię wczoraj” … z okazji Walentynek życzę Ci ….

Walentynki. Święto pełne sprzeczności.

Zwolennicy tego święta biegają z różyczkami i serduszkami po mieście a przeciwnicy krzyczą, że to kolejny powód, żeby kasę od nas wyciągnąć Że to święto zakochanych i handlowców.  Że ble ble ble. A ja lubię to głupawe święto.  Dlaczego nie mieć jednego dnia więcej w roku, żeby się odrobinę postarać i być dla siebie miłym??

Ale mi podoba się ten dzień – jedna okazja więcej, żeby uśmiechnąć się do Niego czy do Niej…

Coś mi się przypomniało……Dawno, dawno temu na drugim końcu kraju zamieszkało młode małżeństwo.

Tak, to Mój Mąż i ja. Stażu małżeńskiego mieliśmy bardzo niewiele. Jako kochająca żona i  przyszła mama, dbałam, abyśmy się w miarę dobrze odżywiali. Gotowałam dwudaniowe obiady składające się z zup na bazie jarzyn i w miarę moich kulinarnym (mizernych zresztą) umiejętności starałam się urozmaicać drugie dania, robiłam sałatki i surówki. Po którymś obiedzie mój młody mąż powiedział, że zjadł by taką czystą zupę pomidorową z samym ryżem. No ba!! Ja też bym zjadła…Tylko kto ją miał ugotować? Bo ja nie bardzo wiedziałam jak. Moja mama mając w domu chroniczne niejadki (trudno w to dziś uwierzyć patrząc na mnie i moje rodzeństwo) będąc kobietą oczytaną i światłą, wciskała nam witaminy w każdej postaci. Dlatego nie wiedziałam jak się gotuje „łysą” zupę bez pływających, w środku gara, jarzyn. Nie wiedziałam nawet co to jest bulion warzywny…No cóż – mówiłam, że nie umiałam gotować!! Ale od czego były sklepy?? Poszłam na zakupy i zaopatrzyłam się w torebkę zupy w proszku, z magicznym napisem „pomidorowa”, a co!! Jak już pisałam, moja mama, miała bzika na punkcie zdrowego odżywiania i przez całe swoje życie w domu rodzinnym nigdy, ale to przenigdy, nie byłam świadkiem gotowania z torebek, mrożonek czy innych półproduktów czy substytutów jedzenia.  Wszystko gotowała własnoręcznie a stosowanie proszków uznane by mi było za najgorszą zdradę i podłość. Dlatego ugotowałam ów szatański, sproszkowany wynalazek zgodnie z przepisem na torebce i pod koniec gotowania (zgodnie z instrukcją) zarzuciłam ryż do gara. Och, co to był za kulinarny kunszt. Każdy, kto miał okazję jeść zupę z proszku na początku lat 90-tych ubiegłego stulecia, wie o czym mówię. Duży wrócił z pracy głodny jak zawsze, a ja młoda żona, szczęśliwa, że spełniłam kulinarne zachcianki męża, wlałam zupę na talerze. Z nazwy pomidorową. Hmmm…i jak by to delikatnie ująć? Na talerzach wylądowała breja, w bliżej nieokreślonym kolorze. No dobra, to miało kolor. Przypominało rozcieńczoną, pomarańczowo-czerwoną, mętną substancję, aczkolwiek pochodzenia wiadomego. Zaczerpnęłam łyżką i….jako wrażliwa początkująca ciężarna kobieta, widząc na własnym talerzu, lekko ciągnącą się, kisielowatą pamułę z rozpapućkanym ryżem wylądowałam w łazience z niedźwiedzim rykiem, w celu oczywistym. Po nudnościach (wcale nie związanych z porannymi ciążowymi dolegliwościami) wzięłam paćkowatą zawartość swojego talerza i wylałam w znane już miejsce. Duży przyglądał się całej akcji z przerażeniem kurczowo trzymał swoją część zastawy obiadowej, namawiany przeze mnie, żeby oddał swój talerz, bo naprawdę nie musi tego jeść. Chciałam, żeby zawartość jego talerza podzieliła los mojej pomarańczowo-czerwonej maziugi. Przekonywałam go, że druga część obiadu jest już „normalna” i jadalna przez wszystkich. No, ale uparł się, żeby to zjeść. Dzielnie wiosłował łyżką, pochłaniając łyżkę za łyżką, aż cały talerz klajstru bez smaku, o wstrętnej konsystencji lekkiego kisielu zniknął. Z dumą oddał mi pusty talerz. No cóż…„małżeństwo to trudna sztuka kompromisów.” Dożywotnio wyleczyłam się z gotowania zup z torebek. I do dziś, jak mnie Duży strasznie wkurzy, przypominam sobie właśnie takie sytuacje i złość, no może mi zupełnie nie mija, ale na pewno temperatura wrzenia spada znacznie poniżej punktu krytycznego.

Ale do dziś mi się łezka w oku kręci na wspomnienie tamtego obiadu. Już ponad 25 lat temu stwierdziłam, że (albo był strasznie głodny albo) tak bardzo mnie kochał, że zjadł to coś, co jego młoda żona wyprodukowała (bo trudno to było nazwać gotowaniem).

“Miłość nie polega na tym, aby wzajemnie sobie się przyglądać, lecz aby patrzeć razem w tym samym kierunku.”

“Mały książę” A. de Saint-Exupéry

117 odpowiedzi do ““Dzisiaj kocham Cię jeszcze bardziej niż wczoraj(…)””

  1. a nie zrobiłaś czasem zupy buraczkowej z kiszonymi ogórkami?:) może ja na Lubym przetestuję czy "kocha i zje" czy skrzyczy:) ale on się przyzwyczaił już że kucharka ze mnie marna- ale Twój chleb mu smakował:) mam pozwolenie na pieczenie kolejnych:) przypomniało mi się swoją drogą coś innego-robię świetną grochówkę- kiedyś pochwaliłam się babci- a ona, być może domyślając się, ze moje umiejętności są marne powiedziała "ale z torebki tak?"….no troszkę mnie podłamała bo ja potrafiłam pół godziny groch przez sitko przeciskać zeby zupka była idealnie gładka…:)

  2. dobrze mieć takie ciepłe, miłe wspomnienia
    ja uczyłam mojego męża jedzenia warzyw, u niego w domu w zupie nie śmiało pływać nic zielonego, teściowa do dziś cedzi teściowi rosół przez sitko

  3. Poruszające.
    "Kradnę", jako swoje motto zdanie z historyjki "Życie jest zbyt krótkie, by budzić się z żalem" (to chyba z jakiejś piosenki).

  4. Zupa pomidorowa ma tu chyba najfajniejszą historyjkę "o sobie" :-). I Wy o Was :-). Widać, że Wam po drodze. Dzięki temu można powiedzieć kiedyś "my 25 lat temu" ciągle będąc razem. A nie każdy tak może :-). U nas póki co – stuknęło 9 lat, jeszcze sporo przed nami :-). Pozdrawiam!

  5. Jaguś, toś mnie wzruszyła! Widzę, że nasi mężowie to sobie mogą ręce podać. Zarówno pierwsza jak i Twoja historia przypomniały mi rozmowę z babcią. Kiedyś, gdy mój luby nie był jeszcze moim mężem podzieliłam się z babcią uwagą, że fajny jest, ale nie lubi tańczyć. Na to babcia: dziecko, i co z tego? czy życie na tańcu polega? I miała rację! W tym roku minie 32 lata od ślubu, a 38 jak się poznaliśmy i nie żałuję ani chwili, a idealnie nie było…

  6. Ja katuję małża wege-hindi-zielonymi potrawami, bo mięso mi coraz mnie smakuje. Marudzi, ale je. Niestety ostatnio dzieć dołączył się do marudzenia, że zielone jest beee, a obia bez mięsa to nie obiad.
    Ja gotuję nieźle, ale pamiętam jak mój małż zrobił sałatkę z tuńczyka, gdzie najwięcej było natki pietruszki – trafił się wielki pęczek 😛

  7. Piękna przypowieść o tych przypalonych tostach i zupie pomidorowej. Uczy jak patrzeć na życie w związku. Tylko bardzo niewielu ludzi to umie. 🙂

  8. Jak byłam marną kucharką tak jestem. A i małżonek nauczył się wybrzydzać. Na szczęście są jeszcze inne sposoby okazywania uczuć 🙂 A święta nie lubię, bo nie polskie

    1. Zgadza się – sobótki to święto dawnych Słowian 🙂 Boże Ciało to katolickie święto obchodzone od XIV w w Polsce. Ale niestety, czy się nam to podoba czy nie, ulegamy innym wpływom i kulturom

  9. słodko, naprawdę słodko 🙂 Też mam na koncie różne niepowodzenia kulinarne (kto ich nie ma). Jak wyszłam z domu w wieku 24 lat 😉 też niewiele umiałam. Od razu mieszkaliśmy osobno, a że mama mnie skutecznie wyganiała z kuchni "do nauki", to uczyłam się wszystkiego sama. Mój mąż z domu, gdzie oboje rodziców pracowało zawodowo, potrafił więcej zrobić niż ja 😉 Teraz prawie po 7 latach małżeństwa gotujemy wspólnie, więcej ja, ale Mąż nadrabia w weekendy i w dni wolne od pracy, przy kolacjach też. Generalnie, mimo wszystkich wad i niedoskonałości, też jestem szczęśliwą małżonką 😉

  10. Miłość to wielkie słowa, a kocha się za nic a nie za coś i wiele mozna by pisać na ten temat, ale tak jest jeśli nie wiesz dlaczego czujesz coś do drugiego człowieka to wtedy szczerze go kochasz.

  11. zupy z torebki nie są złe, taki barszczyk biały lub czerwony, oczywiście na odpowiednim wywarze i wspomagany swoimi przyprawami, pychotka… :))))))
    miłość ma różne oblicza, ale ważne, żeby za pięknymi słowami, szły czyny, bo same słowa nic nie znaczą… ja słuchałam pięknych słów i tylko słów, i już nie obchodzę rocznic ślubu…

  12. 🙂 Bo szczęście składa się z małych, cudownych chwil. Ci którzy o tym pamiętają, i nie czekają na cud – są szczęśliwi.
    Mój mąż nie przynosi mi kwiatów, ale od 27 lat dla mnie gotuje, bo mam do tego dwie lewe ręce. Uznaję to za piękny wyraz miłości:-)
    Szczęśliwego…

  13. Uwielbiam takie historie, prosto z życia:) Wasza jest pięknym przykładem na to jak drobnostki nie mają znaczenia 🙂 Pozdrawiam ciepło walentynkowo! 🙂

    1. Oj…nieraz o większe drobnostki kruszyliśmy kopię 🙂 z drobnostek życie się składa ale trzeba jakoś się nauczyć funkcjonować żeby cieszyć się życiem

  14. Wspaniały i ważny tekst. Te chwile, kiedy nie wszystko wychodzi, kiedy przypalamy lub przesolimy, a partner udaje, że nie zauważa są rewelacyjne. Serdeczności.

  15. Widzę, że mamy taki sam staż małżeński 😉
    Ja też przed ponad ćwierćwieczem pociłam się przy przyrządzaniu pierwszych obiadów.
    Z różnym zresztą skutkiem 😉

    Miłego dnia 🙂

  16. Nie wiem czy komentarze w stylu: "wzruszający i piękny wpis" coś wnoszą, ale to pierwsze co się ciśnie na usta. Właściwie to wnoszą – potwierdzają, że czyjeś pisanie ma sens. A więc: NAPRAWDĘ WZRUSZAJĄCY i PIĘKNY WPIS.
    Mój luby też wszystko zjada co mu zrobię, kiedyś nawet silił się na twierdzenie, że wszystko jest niesamowicie smaczne, ale go tego oduczyłam, jak się po jakimś dłuższym czasie przekonałam, że żyję w błogiej nieświadomości i wydaje mi się, że on lubi mak, a w rzeczywistości darzył go uczuciem zupełnie odwrotnym. A zawsze makowe ciasta chwalił…

  17. We wrześniu roku 1983 mój ówczesny absztyfikant(ojciec mojego syna)zabrał mnie do rodzinnego domu, by przedstawić mamusi. Na kolację ja chciałam zjeść kanapki, które na drogę przygotowała moja matka. Jemu mamusia zrobiła jajecznicę, bo synuś bardzo lubi jak sama stwierdziła. Przyjęłam do wiadomości i postanowiłam zapamiętać. Wiele lat później mężczyzna przyznał się, że wcale nie lubi dań, o których jego matka mówiła "ulubione" ale przytakiwał by nie robić jej przykrości. W domu mojej matki zjadał wszystko, co mu podano ale miał denerwujący zwyczaj zostawiać resztki na talerzu, a to pół ziemniaka, a to kęs mięsa lub odrobinę surówki. Do dzisiaj nie wiem, skąd mu się to brało. Mój syn nie narzekał na to co gotowałam, chociaż wiedział, że nie mam do tego cierpliwości, więc go nie uczyłam, a niektóre potrawy gotuje lepiej niż moja matka(a to należałoby uznać za komplement, bo ona robiła to świetnie).

  18. Bardzo fajna ta Twoja historia, taka czuła, prawdziwa 🙂 A mówią, że przez żołądek do serca 😉

    Nie jestem jakąś super hiper kucharką, nawet nie przepadam zbytnio za gotowaniem, ale mój mąż mnie zawsze chwali i mówi, że smakuje mu moja kuchnia, z resztą mu się trochę przybrało tu i ówdzie, więc chociaż nie zawsze jest zdrowo i fit, ale staram się by było smacznie 😉
    Natomiast największym komplementem dla mnie jest jak mi mąż mówi, że gotuję o wiele lepiej niż jego Mama 🙂

    Walentynki to dla mnie taki miły akcent, by w tym dniu na chwilę się zatrzymać i dodatkowo docenić oraz wyznać swe uczucia do bliskiej naszemu sercu osoby. Nikt nie powiedział, że tylko tej swojej połowy, bo ja np. kupuję jakiś drobiazg ślubnemu i synalowi 😉

    1. Gotuję bardzo dobrze (tak mówią bliscy i znajomi ) ale do dziś jak mam wybór wolę iść sprzątać a gotowanie zrzucić na męża …

  19. Zerknęłam na swój komentarz przedtem i właściwie dodam tylko, że brak miłości do tańca mój luby rekompensuje tym, że czasem zrobi dla mnie obiad i cierpliwie czeka, aż zakupy w galerii zrobię:-)

  20. Prawie mnie przebiłaś. Przed zamążpójściem nie byłam wpuszczana do kuchni, nawet wody na herbatę na umiałam zagotować.Ale lubiłam zupy, jarzynową zwłaszcza i postanowiłam ugotować. Obrałam wszystkie warzywka, wrzuciłam w garnek i zatkało mnie- co mam zrobić dalej, więc zatelefonowałam do babci z niezwykle inteligentnym pytaniem- “mami, a skąd się w zupie bierze ta woda?” Babcię zamurowało- jaka woda? No, w zupie, wyjaśniam. No bo warzywa obrałam umyłam, pokroiłam i co dalej?’
    W końcu dotarło do mnie, że należy teraz to wszystko zalać wodą z kranu i gotować.
    Ciężkie bywało życie młodej mężatki;)))).
    Babcia nigdy nikogo nie wpuszczała do kuchni, swojej córki tezżnie.

    1. Oj.. ja byłam .. ale sama nie chciałam. Wolałam sprzątać 🙂 a siostra gotowała . Ja tam wpuszczam do kuchni wszystkich 🙂 męża, syna, jego dziewczynę – a co… niechaj gotują

  21. Ooooo… aż mam dreszcze… romantyczne i urocze 🙂 Pomimo oczywistej odrazy, ale… ooooo… romantyczne i urocze 🙂

    1. Odrazę czuję do dziś na samo wspomnienie tego czegoś na talerzu 🙂 Dreszcze ?? nie aż tak obrzydliwie było, nie przesadzaj

  22. urocze są poświęcenia i takie poddawanie się na granicy poświęcania z powodu uczucia i nie ma to nic wspólnego z tym komercyjnym świętem aleeee zawsze znajdzie się kolejna okazja, żeby zjeść wspólny obiad, kolacje…iśc do kina w środku tygodnia…zatrzymać się na chwilkę.

  23. Podejrzewam, że 20 lat temu to poza wodą na herbatę niewiele umiałam ugotować:-D Walentynki to sympatyczny dzień, nic do niego nie mam chociaż nie przywiązuję do niego uwagi bo… Walentynki mam codziennie:-) Jesteśmy z Ciccino fajną parą, czujemy do siebie miętę, tak po prostu się lubimy i przyjaźnimy:-) A to dostanę garnek, a to cudowną ściereczkę do… deski rozdzielczej i tapicerki w samochodzie… No i mój Walenty zjada wszelkie koperki, natki, szczypiorki i inne zieleniny, którymi z miłości na bogato wszystko mu zielenię, a których ponoć nie lubi. A ja z miłości do niego znoszę dzielnie wszelkie atrakcje, których nieustannie mi dostarcza.
    Dzisiaj pewnie pęknie jakieś dobre wino;-)
    Cudownych Walentynek każdego dnia!

    1. Moje kulinarne początki też były ciężkie – ale jakoś nikogo nie otrułam. 🙂 i zdecydowanie wolę jak mój mąż gotuje

  24. O rzesz…co za facet, wiesz, że mi też się dziwna gula zrobiła, jak to czytałam. Fajny facet 🙂 Nie każdy by zjadł, większość by ucieszyła się, że chcesz zabrać mu ten talerz 😉
    Udanych Walentynek :*

  25. Jakoś tak mi się w życiu nie składało z tym Walentynkami, żaden mój eks ich “nie uznawał”, chociaż uważam, że to raczej jakiś chroniczny brak wyczucia, bo co komu zależy jakoś w drobny sposób zasygnalizować jeden dzień w roku więcej, że “jesteś moją kobietą i cieszę się, że cię mam.” Twój mąż się postarał, chyba dlatego, że jednak nie chciał Cię obrażać wylewając tę swoją zupę i docenił Twoje starania. 🙂

  26. Te “zupy” z lat 90-tych miały moc! Szczególnie zapachową… 😉 Byłam wtedy dzieciakiem, a do tej pory pamiętam, jak moja mama kupiła coś takiego na próbę. Zapach pamiętam do dziś, był w całym domu i pamiętam, że mama nie chciała, żebym zjadła tego dużo. 😀 A takich zup nie było później przez długie lata… 😉

    A Walentynek nie lubiłam jako singielka, bo mnie dołowały te pary na ulicach, faceci spieszacy sie z kwiatami itp. Ale w związku, a teraz w małżeństwie, to co innego – fajna okazja, żeby spędzić miło czas.

    1. Nasza rodzicielka nie dopuszczała takich zup torebkowo-proszkowych do użytku codziennego. Po moich eksperymentach mi też przeszło

  27. Ehhh to mój mnie już coraz mniej kocha. Jak sypnę do jedzenia kuminu to wybrzydza i odmawia spożycia, świeżą kolendrą też pogardza.

  28. Z torebki to sobie w dzieciństwie ogonową gotowałam po przyjściu ze szkoły. I wtedy mi smakowała. Zawsze byłam głodomorem więc szybko nauczyłam się porządnie gotować. Mój mąż od razu miał , szczęściarz, normalną kuchnię 🙂

    1. yhyyy, Iwonko, wyglądasz jak głodomor 🙂 a ja musiałam się niestety długo uczyć 🙂 ale i tak mój mąż woli gotowanie a ja sprzątanie

  29. Piękne to 🙂

    Ja nie umiem ugotować (o ile można to nazwać ugotowaniem) zupy pieczarkowej z torebki. Kiedy jeździłam do domu na weekendy, albo choćby na kilka godzin wpadałam w tygodniu, mama mi ją przygotowywała. Mnie nie wychodzi. Zrobię grzybową “normalną”, taką domową, z wielu składników, ale tej z torebki nie dam rady, zawsze coś spierdzielę. Niewiemosochodzi…

      1. Ale ja bardzo lubiłam smak tamtej zupy. I chciałabym ją sobie raz na jakiś czas zrobić. A tu doopa…

        Częściej i tak gotuje mój chłop niż ja. Przerósł uczeń mistrza 😉

  30. Ja tez lubię to święto. Milos można sobie okazywać cały rok to prawda. Tak samo cały rok można świętować fakt, ze kiedyś się urodziliśmy albo cały rok jeść pączki. Ale nie każdy dzień roku ma wymiar symboliczny 😀

    A co do historii to własnie jest piękne w miłości. Takie male z pozoru błahe rzeczy, dzięki którym widzimy, jak bardzo ktoś nas kocha.

      1. Ale jeść można jeśli tylko się ma na to ochotę 😀

        Blog żyje, zmieniłam adres, bo Facebook postanowił, że zablokuje mi możliwość przesyłania linków z poprzednim adresem bloga 😀
        Po kliknięciu w nick przy tym komentarzu już chyba powinno być w porządku i powinno się wszystko ładnie wyświetlać 🙂

  31. Walentynki, walentynkami, ale mrożonek, to ja bym się nie czepiał. Lepiej jeść coś, co zamrożono w sile wieku, aniżeli dostępną aktualnie na rynkach młodzież na sterydach. Co zaś tyczy miłości przez żołądek, to – jak na razie – działa, czyli coś tam umiem:)))))

    1. 🙂 no dobra – dobre mrożonki nie są złe 🙂 Mój mąż też lubi gotować. Ale twierdzi że to ja mu tą miłość do kuchni WMÓWIŁAM .. phi, też coś

  32. Cytat z końca posta to jeden z moich ulubionych :)) Mam go nawet na magnesie na lodówce. Kocham takie historie jak Wasza, bo właśnie one pokazują na czym polega miłość. Siła kompromisu, czasem drobne poświęcenie choćby w postaci zajadania zieleniny, czy zupy 😉
    Mnie czasem pytają dlaczego przed zakończeniem sałatki rozdzielam do dwóch miseczek zawartość. A no dlatego, że mój mąż nie jada pomidorów, a ja je kocham. Dlaczego mam go katować, skoro mogę dołożyć do swojej części. Chyba, że to koktajlowe to nie ma problemu, bo nic z nich nie wyleci 😉

    Co do zupek to jeśli zdarzy mi się zjeść, to tylko na wakacjach, na szybko. Ale to max dwa razy, bo boli mnie żołądek. Wiesz, świra nie mam na punkcie jedzenia, ale jak widzę, że ludzie z własnej, nieprzymuszonej woli wkładają do koszyka w sklepie “zapas” na cały tydzień to oczy mam wielkie jak Księżyc w pełni. No ludzie, czy tak trudno zrobić zupę? Woda, warzywa, mięsko i w zasadzi robi się samo… A już jak widzę, że ktoś wybiera z dzieckiem i jeszcze pyta “Jaką chcesz zupkę kochanie” to normalnie gotuje się we mnie. Koszmar.
    Pamiętam jak w latach 90 dostaliśmy z Niemiec Knorra taką a’la Vegetę. Wow! To dopiero było coś. Potem przyszła moda na kawę rozpuszczalną, zupy w proszku itd. Jak tak dalej pójdzie to skończymy jak Amerykanie, którzy naleśniki robią z gotowo kupionej mikstury…
    pzdr

    1. Moja mama zawsze nas tresowała i terroryzowała domowymi obiadkami. Do tego stopnia, że nie wyobrażałam sobie kupnego badziewa na obiad dla rodzinki. Musiało być zdrowo i pożywnie. Do dziś nie wyobrażam sobie żreć kupne syfy jak można w parę minut zrobić smaczne jedzenie w domu. Co do wrzucania śmieciowego korytka do koszyka sklepowego też mam podobne zdanie 🙂

  33. Poprosił o pomidorówkę – zrobiłaś – zjadł…Odpowiedzialny i konsekwentny Facet…;o)
    Walentynki ?? W lutym odrobina kolorów się przydaje…;o)

  34. Miłość to tak piękne uczucie, że nawet niech codziennie noszą serduszka to mi to nie przeszkadza. Życie niesie tyle trudów, że to dziwne, iż w wolnych chwilach wolimy się kłócić niż kochać 🙂

  35. Nigdy, ale to nigdy nie obchodziłam walentynek, niezależnie od mojego statusu społecznego. Właściwie to ja żadnych dni nie obchodzę. Jakoś mnie to ni zieje ni grzębi.

    chce się powiedzieć, z miłości prosto do serca. To kolejna z przyjemności jakie może wyświadczyć małżonek.

  36. Przypomniała mi się moja poerwsza zupa, którą ugotowałam Konkubentowi.

    Jestem jedynaczką, która w domu nie robiła nic. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że to jednak wina mojej mamusi. Nie pozwalała mi gotować, sprzątać (bo sama jest pedantką i nigdy ale TO NiGDY! Nie posprzątałam tak jak ona chciała) obowiązków też za wiele nie miałam… jednak kiedyś z gniazda wyfrunąć musiałam. Tak się składa, że wyfrunęłam daleko, bo az do Irlandii.
    Na początku to Maciek robił absolutnie wszystko. Sielanka szybko się skończyła, bo pierwszy znalazł pracę. Eeeh, obowiązki spadły na mnie. Radziłam sobie jak mogłam. Pierwszą zupę w życiu ugotowałam dzięki podpowiedzi wujka google.
    Padło na żurek! Jakaż ja z siebie dumna byłam! Co prawda jedliśmy, go ponad tydzień, tyle mi tej zupy wyszło…

    Mimo wszystko miło to wspominam. Przez żołądka do serca, bo trzynaście lat ze sobą jesteśmy, ale nadal to M. Lepiej gotuje 🙁

    Ściskam mocno!

Pozostaw odpowiedź Frau Be Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *